Na pozór ten dzień nie różnił się niczym od innych. Wszystkie były takie same, przepełnione irytacją, nasycone ludzką podłością, emanujące wręcz promieniami brzydoty. Jak co dzień wczesnym rankiem zadzwonił budzik, jak co dzień masa winnych różnego rodzaju złych uczynków gówniarzy zawlokła te leniwe dupska na stołówkę, a następnie na lekcje. Jak zwykle posypały się oceny niedostateczne, jak zwykle nauczyciele pozdzierali gardła, upominając te nieznośne bachory, usiłując zaprowadzić w klasie ład, niestety na próżno.
Czymś jednak ten taki sam jak inne dzień różnił się od pozostałych. Oto czarnowłosa Rosjanka była niespodziewanie cicha. Schodziła wszystkim z drogi, nie zaczepiała młodszych mieszkańców poprawczaka, nawet nie wyżywała się na nauczycielu biologii, którego tak bardzo, z całego tego swojego spalonego serca nienawidziła. Po lekcjach poszła za tłumem, by stać przez jakiś czas w kolejce po obiad, który zjadła w odosobnieniu - jak zwykle. Nikt dzisiaj nie zwracał na nią uwagi, na szczęście. Nikt się do niej nie odzywał bez potrzeby, nikt jej się nie narzucał, po prostu miała spokój. Dzięki za to wszelakim egipskim bóstwom i czeskim maszkarnikom, bo chyba nie wytrzymałaby żadnej rozmowy w pełnym spokoju.
Zjadłszy zaledwie trzecią część tego, co panie kucharki nałożyły na zniszczony talerz, zarzuciła na plecy ciemnozielony plecak-kostkę i wyszła na korytarz. Mijając rzędy brązowych, poobijanych drzwi z plastikowymi, zaokrąglonymi - bo przecież ta cholerna gównażeria może zacząć się popychać i ktoś może sobie normalną zrobić krzywdę - klamkami, rozmyślała nad wszystkim, co ostatnio się działo. A działo się nieciekawie.
Z jakiegoś powodu zaczęły ją ostatnio nawiedzać wizje zmarłego brata. Dlaczego zmarł? Bo go spaliła. Spaliła go, bo się z Maksimem naćpała. Naćpała się, bo.. No właśnie. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że była uzależniona. Tylko skąd wzięło się uzależnienie? Przecież nie znikąd. Gryzła się sama ze sobą, zdając sobie boleśnie sprawę z tego, że Marin nie żył tylko i wyłącznie z jej winy. W końcu tamta bójka... To ona zawiniła. To ona zaczęła. Tylko dlatego, że jakaś dziewczyna skrytykowała jej ubiór. To takie płytkie, takie głupiutkie...
Nie panowała nad tym, co robi. Nerwowo drapała niedawno zszywane ręce, wpół zagojone rany znowu się otwierały, znowu pojawiały się krople krwi, znowu oberwie. Klnąc pod nosem, zrzuciła plecak i wsunęła go pod biurko. Miała później zająć się odrabianiem lekcji, teraz zwyczajnie nie była w stanie. Chwyciła pierwszą lepszą bluzę i wyszła z celi, zamykając cicho drzwi. Nietypowe, do tej pory absolutnie zawsze trzaskała nimi...
Usiadła w jednym z foteli, rozejrzała się. Skrzyżowała nogi, przyciągnęła je blisko klatki piersiowej i objęła rękami. Jej ciemne spojrzenie napotkało wiele znajomych twarzy. Niektóre były roześmiane, inne wykrzywione w gniewnym grymasie, jeszcze inne wyrażały zdziwienie. Choć różne, ładne i brzydkie, ciemne i jasne, gładkie i szorstkie, wszystkie łączyło jedno - należały do ludzi, którzy zrobili coś złego. Czasem ich złe uczynki wynikały z tego, że zmuszono ich do czegoś. Czasem wynikały ze sposobu, w jaki zostali wychowani. Czasem wynikały ze złego wpływu towarzystwa. Rzadko jednak zdarzało się, by powodem złego czynu, karą za który był pobyt w poprawczaku był sam charakter. Większość z obecnych tutaj była tak naprawdę dobrymi dzieciakami, które pogubiły się z jakiegoś powodu, które zwyczajnie szukały wyjścia z ciężkiej sytuacji w używkach, agresji i ogólnie pojętym rozpierdzielu.
Wśród tych ludzi był nowy. Ten chłopak, który prawdopodobnie miał straszny problem z zaakceptowaniem faktu, że znalazł się właśnie tutaj. Patrzyła na niego długo, zapamiętując wszystkie szczegóły jego wyglądu. Wiedziała już o nim, że mówią na niego Vaar, że gra na gitarze i że trafił tutaj tylko dlatego, że dbał o własną rodzinę kosztem innych ludzi. Westchnęła cicho. Było jej go szkoda. Podczas gdy Maksim i ona imprezowali, ćpali, chlali, on zapierdalał, żeby utrzymać własną rodzinę. Nie powinno go tutaj być. Był potrzebny swoim bliskim. Poza tym zwyczajnie nie zasłużył na karę, przynajmniej jej zdaniem.
- Nie zapomnij nigdy, co mi zrobiłaś. - Rozległ się cichy, dziecięcy głos, w pewnym stopniu zniekształcony, ale nadal tak bardzo charakterystyczny dla pewnego ośmiolatka, dla Marina Dragovicha. Nastolatka zatrzęsła się, zacisnęła mocno powieki i uryła twarz w dłoniach.
- Pamiętam. Ale nic już nie poradzę...
- Możesz dużo poradzić. Możesz zapłacić mi za to... Nie, nie możesz. Ty musisz to zrobić.
- Jak..?
Nieistniejące już dziecko zaśmiało się złośliwie.
- Nie wiesz, jak..? Ok, ja ci wszystko wytłumaczę. Wstań teraz.
Wstała. Bała się wykonywać jego polecenia, ale gdyby tego nie zrobiła, stałoby się coś strasznego. Marin zdenerwowałby się i zemściłby się za jej winy na kimś, kto nie miał z tym najmniejszego związku. Czy docierało do niej to, że dzieciak jest tylko halucynacją? Nie. I nie chciała zresztą w to wierzyć. Choć wiedziała, że nie żył, tak było łatwiej, bo miała wrażenie, że ciągle tu był. Nieważne, że stracił całą swoją dziecięcą niewinność, nieważne, że stał się tak złowieszczy, ważne, że nadal istniał.
- W porządku, teraz pójdź do kuchni...
Dlaczego jej nogi były takie ciężkie, takie jakby z ołowiu..? Trudno było jej przesuwać się do przodu, ale w końcu znalazła się w kuchni.
Tymczasem Vaar obserwował pannę Dragovich. Jego czoło pokryło się zmarszczkami, kiedy uniósł brwi zdziwiony jej poczynaniami. Z boku wyglądało to tak, jakby bardzo nie chciała przejść do innego pomieszczenia. Jakby w kuchni miało stać się coś złego... Zaglądał za nią ciekawsko, aż kiedy zniknęła z zasięgu jego wzroku, wstał i poszedł tam, gdzie ona.
- Teraz podejdziesz do tamtej szafki... Taak, doskonale, właśnie do tej. Otwórz ją. Widzisz? Masz tu szklanki. Widzisz tamte wysokie, z cienkiego szkła? Weź sobie jedną...
- Marin, ale ja nie chcę...
- Nie chcesz zapłacić za to, co mi zrobiłaś..?
Mocny makijaż rozpłynął się po jej twarzy, kiedy z oczu pociekły łzy. Wiedziała już, jak to się skończy. Zdawała sobie sprawę z tego, że zawiedzie całą masę osób - Aleksjeja, Maksima, Chi, Kirley... Kirley. Przecież Kirley umożliwiła Gerardowi - i nawet mu w tym pomogła! - gwałt na niej. No i sam Frydas... Nienawidziła go.
- Coo, rozpamiętujesz, co ci się stało..? Nie uważasz, że ty wyrządziłaś mi większą krzywdę, niż oni tobie..? Przecież zrobili tylko użytek z twojego nic niewartego ciała. A ty odebrałaś mi życie, nie pozwoliłaś mi cieszyć się nim. Nie uważasz, że to niesprawiedliwe..?
- Uważam...
- Więc weź tą szklankę i rób dalej to, co ci mówię.
- Boję się. Nie wiem, jak mogę ci zapłacić...
- No przecież powiedziałem, że ci pomogę. Głowa do góry. Weź tą szklankę.. O, wzięłaś. Teraz uderz nią o blat szafki. Tylko mocno.
Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Vaar przyspieszył kroku. Chciał sprawdzić, co się dzieje. W końcu poszedł za nią, tak? Teraz byłby odpowiedzialny za to, że nikt jej nie powstrzymał, gdyby zrobiła coś głupiego. Wszedł do kuchni i zatrzymał się, widząc jak tonąca w czarnej, wielkiej bluzie nastolatka patrzy w dół, a w drobnej, okaleczonej dłoni trzyma resztki szklanki. Kompletnie nie wiedział, co zrobić. W zasadzie... Co go to obchodzi? To przecież nie jest jego sprawa, że ktoś robi sam sobie krzywdę. Taka osoba była po prostu wyjątkowo głupia.
- Świetnie, o to mi chodziło. Teraz przyłóż sobie te ostre końce do szyi. Taak, idealnie. Przyciśnij i pociągnij.
Ostre, poszarpane krańce szklanki dotknęły bladej, delikatnej skóry w pobliżu gardła. Dziewczyna zatrzęsła się od tłumionego płaczu. Naprawdę nie chciała. Chociaż może Marin miał rację..? Ale przecież nawet, jeśli racji nie miał, kiedy umrze, wszystko będzie łatwiejsze... Nie będzie już problemów z nałogiem, nie będzie kłótni z Maksimem, nie będzie musiała oglądać tej paskudnej twarzy Gerarda...
- Na co czekasz..? Odwlekasz to ciągle. A i tak kiedyś będziesz musiała to zrobić. Bądźmy ze sobą szczerzy, Katiuszo, ty chcesz to zrobić. Chcesz się zabić. Życie dla ciebie jest zbyt uciążliwe. Dlaczego nie chcesz w ten sposób wynagrodzić mi mojej śmierci..?
Smukłe palce docisnęły lekko resztki naczynia do dziewczęcej szyi. Najpierw rozcięły lekko skórę, powodując nieprzyjene szczypanie i zaczerwienienie. Chwilę później, przyciśnięte już mocniej, stały się przyczyną krwawienia.
- Brawo, jestem z ciebie dumny, siostrzyczko! Jeszcze tylko trochę..!
Kiedy szkło już miało wbić się na tyle głęboko, by przeciąć tętnicę, coś wielkiego rzuciło się na drobną brunetkę. Przygwoździło ją do do podłogi i w okamgnieniu odebrało potłuczoną szklankę. Unieruchomiło ją sprawnie i przytrzymało, obawiając się najwyraźniej, że dziewucha wyrwie się.
Jakim to zaskoczeniem było, gdy ciężkie coś, co tak ładnie poradziło sobie z uniemożliwieniem Dragovichównie samobójstwa okazało się być po prostu Vaar'em. Młody mężczyzna czekał, a kiedy upłynęło kilka minut i pewien był, że Katia jest już spokojna, puścił ją. Nawet usiadł obok niej na podłodze i przyjrzał się jej twarzy. Cała była czarna, tusz do rzęs i czarna kredka rozpłynęły się po jej policzkach razem ze łzami. Krew cieknąca po szyi i zdobiąca poharatane ręce sprawiała, że i tak złowrogo wyglądająca dziewczyna jeszcze bardziej przypominała aktorkę grającą w horrorze, którego głównymi bohaterami niechybnie są wampiry.
- Nie wiedziałem, że są tu aż tak durne osoby. - Warknął chłopak, przecierając rękawem własnej koszuli jej twarz.
- No to masz okazję przekonać się, że owszem, są. - Mruknęła, nie patrząc na niego. Dlaczego nie pozwolił jej się zabić? Nie miał z tym nic wspólnego. Nie była dla niego nikim bliskim, więc dlaczego przejął się tym, co zobaczył? Dlaczego musiał jej przeszkodzić? Była juz tak blisko spłacenia Marinowi długu...
- Po co to w ogóle chciałaś zrobić, co, idiotko..?
- Żeby zapłacić mu za to, co zrobiłam mu.
- Mu to znaczy komu..?
- Młodszemu bratu.
- Nie rozumiem, dlaczego miałabyś mu za coś płacić.
- On nie żyje. Przeze mnie. To ja wtedy zaczęłam bójkę. To przeze mnie zaczęła się cała ta chora sytuacja. To przeze mnie spaliła się cała dzielnica Petersburga...
- A, to ty jesteś tą, co naćpała się i razem z bratem podpaliła własny dom...
- Nie, kurwa, ja jestem młodszą wersją Matki Teresy z Kalkuty. - Warknęła, posyłając mu mrożące spojrzenie.
- Przestań, mała, bo nie robi to na mnie wrażenia. Straszyć to możesz sobie innych. Wiesz, co zrobisz..? Wstaniesz teraz, umyjesz się - wyglądasz tragicznie! , przebierzesz się w coś, co jest w twoim rozmiarze i przyjdziesz do salonu. I nie, nie przyjmuję żadnej odmowy. Ktoś musi ci w końcu pokazać, że nie możesz być gówniarą i robić wszystko tak, jak ci się podoba. A teraz idź. Masz na wszystko dziesięć minut.
Obrzuciwszy go spojrzeniem co najmniej takim, na jakie zasługują rozgniecione resztki zdechłego karalucha, wstała i wyszła z kuchni. Popędziła do łazienki, gdzie zmyła z siebie cały makijaż. Rozczesała włosy i przejrzała się w lustrze. Ze zdziwieniem stwierdziła, że bez czarnej kredki wygląda równie ładnie, co i z nią, tyle że delikatniej, bardziej kobieco. Zaaferowana swoim odkryciem, wyszła na korytarz i szybko przemknęła się do własnej celi. Otworzyła szafę i wyciągnęła z niej jakieś ciemne spodnie i zieloną koszulkę, która przylegała do ciała, kiedy się ją założyło. Przyjrzała się sobie krytycznie, wystawały jej absolutnie wszystkie kości. Parsknęła ponurym śmiechem, kiedy pomyślała o tym, że inne dziewczyny mają problem ze schudnięciem, a ona z utrzymaniem prawidłowej wagi. Wyszła z celi i skierowała się do salonu, gdzie czekał na nią zniecierpliwiony chłopak.
- Spóźniłaś się kilka minut, ale chociaż przyszłaś, więc nie jest źle. - W tym momencie przyjrzał się jej dokładnie. Wzrok zatrzymywał się na każdej linii oznaczającej wystającą kość. Pokręcił tylko głową, nie komentując już jej wyglądu. Może miała jakieś problemy zdrowotne i dlatego była tak chuda? Przecież nie każda szczupła osoba musi od razu głodzić się czy wymyślać inne głupoty.
- Niedługo przyjdzie Hazy. Pójdziemy razem do niego i powiesz mu, co się dzieje. Poprosisz go ładnie o pomoc. A najpierw to w ogóle go przeprosisz, bo podobno trochę go ostatnio obraziłaś.
- Obraziłam. Bo ta ciota, Gerard, twierdził, że Hazy go molestuje. A ja, debilka, uwierzyłam mu.
- Czekaj, Gerard to ten rudy?
- Tak.
Zamilkł na chwilę, zapatrzył się w okno i zamyślił. Czarnowłosa w tym czasie usiadła w fotelu i tradycyjnie podciągnęła kolana pod brodę. Przymknęła oczy, ale nie na długo, nie chciała znowu zobaczyć twarzy brata, znowu usłyszeć jego głosu.
Nie musieli długo czekać na terapeutę. Pojawił się kilka minut później, a wtedy Vaar szturchnął Katiuszę.
- No, dalej...
- Naprawdę muszę?
- Musisz.
Westchnęła ciężko i wstała z fotela. Wzięła głęboki wdech i podeszła do mężczyzny.
- Panie Hazy, przepraszam, że byłam dla pana taka chamska, bezczelna, wredna, niesprawiedliwa. Przepraszam, że obraziłam pana, mówiąc, że molestuje pan tego gnojka Gerarda. Niestety, muszę pana o coś poprosić...
Vaar obserwował to z ledwo widocznym uśmiechem. Chyba udało mu się pozytywnie na kogoś wpłynąć.
*łamie wszystkie pióra, pisaki, kredki, ołówki, cienkopisy, węgle, pastele i długopisy i idzie emować do kąta* Za ładnie piszesz, Kati... >.<
OdpowiedzUsuńNo wiesz, to w końcu ja. *Skromna.*
OdpowiedzUsuńTak tak, ta skromnosć jest w pełni uzasadniona... :3
OdpowiedzUsuń